PISANE PRZY – ZANIM NAS W RAMIONA WEŹMIE WCZESNA JESIEŃ

Wczoraj przyjechałam w progi agroturystyki okalanej młodymi brzózkami, w sąsiedztwie których mieszkają najprawdziwsze daniele. Staram się raz w miesiącu wyjechać do miejsca, które nie jest moją Zimnowodą pod Parzymiechami, a posiada wszystkie jej uroki, wyłączając przy tym wszystkie jej wady : P

Z zewnątrz (np. na moim Instagramie, do którego przejdziecie klikając TU) moje życie może wydawać się feerią okazji do aktywności w rytmie slow – medytacji, słuchania jazzu przy kominku czy pisaniu dziennika. Jednak nie jest aż tak kojąco i barwnie. Życie żyje się dynamicznie – jeśli nie zdążysz czegoś zebrać, zmarnieje. Jeśli nie zdążysz z czymś na czas i poddasz się bierności, konsekwencje nie pozwolą Ci na dobrostan, tak ochoczo afirmowany dookoła.

Tutaj potrzeba czujności, czułości i pary.

Bycie freelancerką mieszkającą w wielopokoleniowym domu, pośród natury, kończy się tak, że zamiast projektować jakąś innowację dla mojego biznesu – zwożę dynie do stodoły, zasypuję marchew na zimę albo doglądam blisko 100 letniej babci.

Piszę o tym, by dać Wam prawdziwy obraz mieszkania i (zdalnej) pracy na wsi. Bywa, że mój komputer kurzy się całymi dniami, bo trzeba przekopać działkę, obrać grzyby albo dopomóż komuś, kto akurat niedomaga. 

Cała ta magia życia na wsi to festiwal współzależności, które należy wypracować z uwzględnieniem własnego komfortu. Takie życie wymaga włożenia wysiłku, które jest nieporównywalne z dotarciem do pracy i powrotem z niej, które to tak bardzo irytują pracowników korporacji, którzy zgłaszają się do mnie po koncept na swój własny biznes (szczegóły tutaj). No sorry ; )

Struktura, czyli „do obiadu” i „na wieczór”.

Bez dobrze ułożonej struktury można zwariować. Dla mnie tą strukturą jest czas „do obiadu” zadedykowany załatwianiu wszystkiego, co przyczynia się do tego, że płyną do mnie nowe i intratne zlecenia na content marketing (oferta), audyt marki (audyt marki) czy konsultacje marketingowe (oferta) oraz czas po zamknięciu wiejskiego sklepiku, gdy mam już jesiennego grzańca z miodem i mogę realizować projekty dla moich Klientów. 

Co dzieje się w międzyczasie? Jak mi sprzyjający Los miły, nie wiem. Raz przygotowywanie spaghetti z pesto dyniowo – pomarańczowym, kukurydzą i słonymi orzechami. Innym razem wyszukiwanie na Allegro białych, puchatych miękkich swetrów. Czasem sąsiedzkie wystawanie na drodze, przy ławce, dedykowane spragnieniu posłuchania o cudzej perspektywie na życie. Innym razem przejażdżka rowerem, by podlać kwiatki na cmentarzu. I ten wiecznie ćwierkający telefon, wysyłający wiadomości od Przyjaciół z wielkiego świata ; ) A w nich kawę na łące w dzikiej Portugalii, świeżo wymalowane ściany w szkockim domu, przygotowanym pod sprzedaż, by móc wyprowadzić się na Gibraltar… 

A ja w tej małej Zimnowodzie pod Parzymiechami. I wiem, że za każdy 1000 zł mogę tutaj coś stworzyć, dobudować, przekształcić. A w mieście? Jestem w stanie w tej cenie wynająć kawałek obcego świata z twardym łóżkiem i widokiem na niepewne czasy. 

W tym wszystkim pewien jest tylko jeden cel – by nie zawieść siebie i swoich Klientów. I jeszcze to, by umiejętnie walczyć o praktykowanie slow life. Raz boso, innym razem w tym białym i puchatym swetrze właśnie. Wciąga mnie czułość i troska wobec życia, które dostałam na kredyt. Nigdy nie wiem, ile w danym miesiącu będzie zamówień, projektów na raz i nowych, dłuższych współprac. W sakramentalnym skupieniu robię tylko to, na co mam wpływ.

Podrzucam Wam kilka zdjęć z mojej sławetnej Wsi Spokojnej, Wsi Szczęśliwej – Zimnowody pod Parzymiechami. Zrobionych gdzieś w tym międzyczasie właśnie…