Gdy mieszkałam w śródmieściu Kato i co rano z uśmiechem otwierałam szafkę, w której stały obok siebie dwa kubki – z wizerunkiem lwa i tygrysa, pod skórą chroniącą nienasycony kawą krwioobieg, krążyło przekonanie, że to jest właśnie moje miejsce.

Wspomnienia ze Wsi Spokojnej, Wsi Szczęśliwej wyblakły tak bardzo, że ostatnią niedogasłą synapsą, pamiętałam jak przez mgłę, grę porannych cieni na ogrodzie. Byłam, jak kwiatek, który ktoś przesadził w zupełnie inne warunki klimatyczne i dał mu szansę rosnąć. Ale czy taki kwiatek naprawdę ma szanse rozkwitnąć?

No właśnie! ; )

Dlatego dziś witam dzień zawisając na płocie i wpatrując się w dal, w drugiej ręce trzymając kawę z aromatem dyniowym, posłodzoną miodem. Słowem „nie przyjęłam się”, nie dałam zaflancować i wrosnąć w nie swoją ziemię ; )

Rok temu tęskniłam za tym wszystkim, co dziś mam na wyciągnięcie ręki – tu, na wsi. Ale czy to oznacza, że nie tęsknię za tym, jak żyło mi się rok temu – gdy oprócz zarządzania Slow Karierą zarządzałam także swoją cierpliwością i wielozadaniowością dla kogoś – na etacie? Niezupełnie. Tęsknię za tym, co dobre. Tak działa ludzka pamięć. Jest cudowna. Z biegiem lat, zwalnia nas z obowiązku rozpamiętywania. Jednak gdy dokonujemy przemyślanych i intratnych wyborów, a ja takich dokonuję, nie można dosłownie wszystkiego spisać na straty.

Dziś dzielę się z Wami tymi wspomnieniami, tęsknotami i uczuciami, których jednak nie spisałam na straty. Tylko znalazłam im drugi dom…

Te nauki wyciągnięte z doświadczeń, na które nie byliśmy gotowi, muszą nam się sprawdzić po kilka razy, byśmy mogli czerwonym winem wznieść toast za przeszłość. Tacy jesteśmy. A tęsknota, sentyment i przesiany przez sito obraz przeszłości są nieodzownymi elementami zmian, także tych na lepsze.

Zrozumie mnie każdy, kto porzucił korporację / miasto, by spróbować żyć w innej jakości. Jakość dobrych wspomnień z przeszłości będzie wciąż przenikać, przeciekać i migać.

I chyba nic w tym złego, jeśli wiesz, co cenisz, na co się zgadzasz, co warto dalej pielęgnować. Ale w nowej odsłonie. 

Czasami przypomni mi się to, co było dobre. Czasami zajmując się swoją nową wersją życia, znów przełączę się na tamte fale zamieszania i satysfakcji z realizacji czegoś, co wydawało mi się nie do ogarnięcia.

Satysfakcja na własnym podwórku.

Miło jest wtedy sobie uświadomić, że obecnie realizuje się własne priorytety. Złapać na tym, że to zawsze zostanie zauważone i docenione, a może nawet i pochwalone. Po prostu . . . sprostać. I nie dać się przytłoczyć ogromowi prac, np. tych z uporządkowaniem strychu i wymianą dachu. Uwierzcie mi, przeprowadzka na wieś i zajęcie się na dobre własnym biznesem sprawiła, że ja nie chodzę. Ja tańczę. Nigdy nie przypuszczałam, że wnoszenie po schodach ciężkich mebli albo podnoszenie niewiarygodnie ciężkich dyń może być takie . . . lekkie. Świadomość tego, że wszystko zależy od Ciebie jest tak powiew chłodnego wiatru – na początku trochę mrozi, ale po chwili czujesz, że jednak Cię ożywia. I choć tęsknię za przysłowiowym „lataniem dla kogoś” i „wyrabianiem”, to dziś . . . tańczę dla siebie. Z wielkim, tapicerowanym fotelem w rękach.

Bycie częścią czegoś większego i wspólnego.

Drugą tęsknotą po opuszczeniu miasta jest tęsknota za . . . no i nie wiem, co napisać. Uwierzcie, że coraz trudniej coś wytęsknić. Szczególnie teraz, gdy księżyc skrada się nad jabłoniami i za chwilę wyłoni w całej swej okazałości – wielki i zachwycający. Ale tęsknię przecież! Ach, już wiem za czym. Za byciem częścią drużyny. Nigdy nie myślałam, że przynależność i wspólny cel są dla mnie takie ważne, dopóki nie zobaczyłam uśmiechów na twarzy ludzi, którzy świętowali rozwój marki, która powstająca na ich oczach, prosperowała coraz bardziej obiecująco. Gdy odchodzisz z mniej lub większej firmy i masz już tylko siebie i swoje plany, zaczynasz sobie uświadamiać, że to Ty jesteś jedyną osobą, która będzie to spinać i ciągnąć dalej.

Aroganckie pytanie rodem z seriali o korpo.

I tęsknię też za pytaniem „Justyna, gdzie się podziała Twoja energia?”, które padało z ust, z których swego czasu spijałam słowa jak drogowskaz. Na szczęście dziś już wiem. Moja energia wciąż była we mnie, niewyzwolona. Mojej energii nie jest w stanie wyzwolić sen, z którego wyrywa mnie budzik. Tym bardziej pozbawione słońca przestrzenie. I prośby nieadekwatne do kompetencji.

Poza tymi górnolotnymi tęsknotami po przeprowadzce na wieś, tęsknię też za wieczorami jazzowymi przy drinku espresso martini.

Ale to nic. To tylko małe tęsknoty. Takie do rozpuszczenia w drinku… A teraz jest, jak jest. Wszystko w moich rękach. I ani troszeńkę się nie boję. I mam ochotę dalej tańczyć z tym ciężkim fotelem na schodach ; )