Gdzieś pomiędzy blaskiem kominka, a brownie ze słonym karmelem, obiecałam sobie, że w weekend nie będę zajmowała się zleceniami dla moich Klientów. Przecież to całkiem normalne, nie pracować w weekend. Jednak nie dla freelancerki, w dodatku dla freelancerki, która obiecała sobie, że obsypie się przelewami, jakich freelancerski świat nie widział ; )

Powyżej zilustrowana sytuacja przekłada się na to, że narracją mojego życia stają się narracje marek moich Klientów.

Ten niepochlebny fakt doprowadził do tego, że wczorajszy dzień spędziłam marudząc, na czym świat stoi. Na szczęście otaczam się właściwymi ludźmi i jeden Taki Mądry powiedział mi, że takie dni są potrzebne. Dzięki nim podważamy wszystko co do tej pory robiliśmy wraz ze sposobem, w jaki to robiliśmy.

A zatem nie dość, że byłam zawalona projektami to jeszcze podlewałam się tym ciągłym kwestionowaniem.

Łatwo nie jest, mając świadomość, że aż 30 % freelancerów zajmuje się tym samym, co ja.. Ale  skoro już jesteśmy w liczbach, zawsze mogę pocieszyć się tym, że jestem w 13 % freelancerów, którzy osiągają takie-a-takie zyski. Nareszcie mogę coś oszczędzić, coś zainwestować i coś przehulać.

Czemu więc marudzę…? I czemu Ty też czasem marudzisz…?

W tym tekście przyjrzę się plusom marudzenia, kwestionowania i podważania.

Wczoraj uznałam, że może powinnam położyć akcent promocyjny na inne usługi i zastosować model – dwa złote strzały i nie zabiegam o drobnicę. Ale w tej branży tak nie jest. Klienci lubią na początek zlecić coś małego, sprawdzającego, np. projekt za 250 zł. Nie odmawiam, bo przecież za tym drobnym zleceniem stoi człowiek, który może mi zaufać na dobre i z czasem stać się dla mnie kluczowym Klientem, a co za tym idzie współpraca z nim może stanowić źródło kluczowego przychodu. Co więcej, ja jestem tak po prostu ciekawa tych ludzi i ich biznesowych historii. Nie odmówię tylko dlatego, że ktoś ma w skali miesiąca budżet na rozwój marki w wysokości 500 zł. Moja oferta w zamyśle miała być elastyczna, wspierająca i wyrozumiała. I taka jest.

W przypadkach marudzenia w ten deseń sprawdza się trzymanie się swojej godzinowej stawki.

Wtedy ilość zysku uzależniona jest od przesiedzianych przy biurku godzin i od ilości wypitych kaw. Mogę wziąć jeden większy projekt na 20 godzin przy biurku i trzy małe, które wymagają wysiedzenia tylko dwóch. I wtedy niezależnie od charakteru projektu, zarabiam tę samą kwotę tyle, że jeden projekt jest Harmonogramem Komunikacji Na Soszjale (szczegóły usługi poznasz TU), a drugi to zaproszenie do współpracy czy 3 teksty pod kampanie sponsorowaną na FB.

W takich chwilach zastanawiam się, czy aby na pewno wykonuje najbardziej adekwatną pracę. Każdy freelancer ma takie rozterki. Dlatego piszę bloga, który zdradza tajniki freelancingu od środka. Piszę o przepracowaniu, choć wynika ono z chęci rozwiązania problemu, jaki ma Klientka, która się do mnie zgłasza.

Masz czasem wrażenie, że przyrosłaś do komputera, choć tak naprawdę Twoja efektywność jest znikoma? Masz wrażenie, że zapracujesz na siebie obecnością (w środowisku klientów), czujnością i szybkimi reakcjami na zapytania? Nie ma na to jednoznacznej recepty. Radzę przygotować sobie szablony komunikatów promocyjnych, wyznaczyć konkretne pory na podejmowanie działań sprzedażowych i trzymać się swojego budżetu promocyjnego. Łatwo wpaść w taką pułapkę, że skoro zarabiasz coraz lepiej, to inwestujesz coraz więcej – w rozwój marki i w działania sprzedażowe. A powiedz mi teraz, czy wyrobisz się z tym wszystkim?

Co zrobisz, jak nagle spadnie na Ciebie kilkanaście projektów w miesiącu?

Październik zmusił mnie do odpowiedzi na to pytanie. 

Pilnuj się.

Mój kumpel, właściciel biura nieruchomości, zwykle żegna mnie słowami „I pilnuj się, Hubka!” Hubka to moja ksywka wynikająca z kondycji mieszkania, które kiedyś wynajęłam, ponieważ zachwyciło mnie swoją kameralnością, a stan techniczny pominęłam. No tak, ja powinnam się pilnować. Mieszkam na wsi, więc mam dużo czasu na to, by zupełnie wsiąknąć w projekty. Jestem im bardzo oddana, ponieważ realizuję autorskie metodologie, a to może zagrażać tym, że wszystkie inne radości życia wydadzą mi się zbyt mało sensowne albo nieopłacalne.

Trzeba się pilnować z tym, co i jaką ma dla nas wagę. 

Potrafisz spojrzeć z dystansu na to, co robisz, jak to robisz i za ile to robisz?

Potrafisz z czegoś zrezygnować, a coś innego nazwać niedorzecznym?

Umiesz odróżnić ten moment zwyczajnego zmęczenia od odruchu niemal wymiotnego? 

Nie jest łatwo powiedzieć DOŚĆ, gdy robi się to, co się lubi i gdy nam się powodzi. Pracujemy w przekonaniu, że w każdej chwili możemy sobie zrobić przerwę, ale jej nie robimy.

Marketingowy, wyczerpujący grajdołek.

Wiem, że tego bloga czyta mnóstwo młodych i aspirujących duszyczek. Musicie mieć na uwadze to, że praca w marketingu jest niezwykle absorbująca i bycie na freelancingu często wymaga od Was byście WSZYSTKO robili sami. Oczywiście, nikt Wam nie zabrania posiadania asystentów i podwykonawców, ale wtedy trzeba liczyć się z podziałem łupu. Nie masz też gwarancji, że współpraca z tymi ludźmi będzie przebiegała płynnie. Oczywiście, nie musi tak być, ale to marudzący artykuł i w tej narracji właśnie tak jest.

Nigdy nie myślałam, że to uczucie niechęci do pracy jest uniwersalne. Znam je i przypisywałam je wyłącznie pracy na etacie. Tymczasem, okazuje się, że jest ono bezpośrednio związane z naszym podejściem. Nie wietrzymy sobie naszego życia, nie odpoczywamy wystarczająco długo, nie przestajemy myśleć o tematach związanych z pracą – no i mamy . . . grajdoł.