Uwielbiam czytać książki o kobietach, które przeprowadziły się na wieś i zderzyły z własnym przekonaniem, że wieś to tylko rozległe horyzonty, śpiew ptaków i szereg innych uroków.

Jestem jedną z nich. Choć ze mną jest znacznie gorzej, ponieważ wychowałam się na wsi i powinnam o niej mieć “jako takie pojęcie”. Niestety, zanim faktycznie polubiłam wieś, widziałam tylko jej cienie. W młodości widziałam wyłącznie jej cienie.

Często słyszę, że mogłabym napisać książkę o freelancingu na wsi. Boję się, że ta książka mogła by być tylko serią konfrontacji wyobrażeń i oczekiwań, z prawdami i racjami, które rządzą się tą przestrzenią. Tak, tak, wiem, że to właśnie te konfrontacje czynią książkę interesującą.

Przykro mi, nie mam całej książki. Nie wiem, jaki powinna mieć przekaz ani co akcentować. Być może jeszcze nie wiem. Takie książki o Mądrości Życiowej, to się powinno pisać na starość, a nie przed 30 urodzinami. To przekonanie skutecznie odwodzi mnie od napisania spisu treści… Wciąż go nie mam : (

A co mam? Mam luźne notatki, fragmenty listów mailowych do przyjaciół z Wielkiego Światu i smsów. Ponoć dające nadzieję, wzruszające, obrazowe.

Skoro tak, to zostawiam je i Wam…  : ) Nie jest to książka o freelancingu na wsi, ale ponoć wierne i szczere tło tego, jak się czuje ktoś, kto po licznych przebojach w Wielkim Mieście, na takiej wsi wylądował. 

1. Z Bullet Journala, sekcja #refleksje.

W zeszłorocznego Sylwestra, jakoś nie wierzyłam w Szczęśliwy Nowy Rok. Pamiętam, że w momencie rozbłysku fajerwerków, piłam złotego szampana, który mienił się brokatem. Wznosiłam toast za nowy, lepszy rok, choć tak naprawdę nie byłam gotowa na najmniejszą porcję kolejnej nowości, a o poprawę nawet nie miałabym siły walczyć. Stać było mnie tylko na zawieszenie. Są w naszym życiu choroby, które jesteśmy w stanie wyleczyć tylko miłością do Życia. W środku lata odebrałam wypis, który fachową nomenklaturą wyjaśniał właśnie powyższe słowa. Zaakceptuj, zrozum i ukochaj życie, a żaden element w Tobie nie będzie się buntował, zatruwając Ci krwioobieg… 

Zimą nie wierzyłam w taki obrót spraw. Los jednak bardzo szybko wcielił mnie w korby życia. Ani się obejrzałam, a już na drzewach wisiały dojrzałe i rumiane owoce.

Dziś 27 listopada. W taki jasno-błękitny, otulony mgłą dzień, zdaje się, że już wszystko się zdarzyło i przeżyło. Że już można tylko skreślać i podsumowywać. Czekać na świeży śnieg i to osławione “nowe rozdanie”, czymkolwiek jest. Na szczęście tak tylko mi się wydaje.

Mam wrażenie, że ludzie dookoła mnie żyją tak, jakby kwitł w nich maj. Zawstydza mnie to i dyscyplinuje.

Goszcząca u Sąsiada Siostra, od 5.30 buszuje w kuchni, od czasu do czasu siadając na starym krześle, odmalowanym farbą w kolorze miedzi, by zastanowić się, w czym tu jeszcze pomóc. W radio puszczają ożywcze i wesołe piosenki. Kot bez ogona zapamiętuje, gdzie go życzliwie potraktowali i przychodzi jeszcze raz. I to „jeszcze raz” mnie uspokaja, bo martwiłam się o niego.

Minął rok, żegnany w zawieszeniu i bez żywych uczuć. Z czasem, mój krwioobieg wypełnił się emocjami, które na długo wcześniej nie mogły się w nim zaadaptować. Z tyloma kwestiami się zderzyłam, zetknęłam i zmierzyłam. Przeszłam na drugą stronę każdego “nierozwiązywalnego” problemu. Moja dusza przestała odrzucać lekarstwo.

Dobrze wiedzieć, że życie Cię wypełni. Niezależnie od Twojego strachu, przebytej niezmierzonej drogi i projekcji na Twój temat. Życie wypełni Cię sytuacjami, w których będziesz potrzebna i ludźmi, którzy będą dla Ciebie lekcją.

To życie, które zaczyna się nad parą z czajnika, w którym zagotowuje się woda na poranną kawę. To życie, które słychać tupotem małych, kocich powracających nóżek. To życie, wyczuwalne w głosie radiowego speakera i krzątaninie Siostry Sąsiada.

2. Z listu do Przyjaciela…

Gdy byłam w Toskanii, usłyszałam czyjąś argumentację “a mente fredda” – po opadnięciu emocji. Mam wrażenie, że moje nigdy nie opadają. Co najwyżej kitrają się w jakiejś części ciała i czekają na eskalację, np. w drgającej powiece. Pytasz mnie, dlaczego nie przeniosę tych emocji na białe kartki, zyskując wyciszenie i bestseller. Nie wiem, co miałabym pisać o mojej Zimnowodzie, leżącej koło Parzymiech. Całe to wyrażanie, formułowanie i ujmowanie, za które płacą mi zawodowo, tutaj zamienia się w samo doświadczanie.

“Prywatnie” to ja mogę napisać list, kartkę z dziennika albo listę zakupów. 

Uwielbiam czytać książki, z których płynie mądrość biorąca się z doświadczeń… dlaczego więc ich nie piszę? Przecież mam dość perypetii, wątków, zdarzeń… Mam dookoła siebie tylu ludzi, których perspektywa nie raz uporządkowała moją. Po opadnięciu emocji, które towarzyszą tej różnorodności, intensywnościom, zagadkom . . . mogłabym . . . tworzyć historie, pouczające, rozśmieszające, barwne, wzruszające. . . 

Ale ja…? Naprawdę ja…? W tym zamieszaniu? Mam wrażenie, że nie umiem pisać “prywatnie”. Nawet nie potrafię odpowiednio usiąść do “prywatnego” pisania. Teraz siedzę na łóżku i piszę, trzymając notebooka na kolanach. Jest późny wieczór, ostatnie bale drewna wypaliły się do cna, a domek stał się wychłodzony. Przy każdym kichnięciu rant notebooka uderza o lampkę, co daję dźwięk gongu tybetańskiego.

Już drugi dzień boli mnie głowa od nadmiaru spraw, które nie wiem, jak rozwiązać, ponieważ sama bym ich tak nie zapętliła. Jak mam zrozumieć motywacje ludzi dookoła, skoro sama ich nie podzielam? Jak mam pozałatwiać te sprawy? Szczególnie, że niektórych kwestii nie da się nazwać sprawą do załatwienia… bo to konsekwencje ludzkich uczuć, postaw, zaniedbań…?

A jednak, mam tyle wspaniałych wątków na książkę. I nadal nie wiem, o czym tu pisać tak “prywatnie”… O ludziach tak „akuratnych”, że aż wywołują uśmiech pobłażania na twarzy? O tym, że na chwilę przed 30 urodzinami udało mi się znów zaprzyjaźnić z przyjaciółkami z dzieciństwa i że to z nimi rozmawiam najczęściej? Ostatnio składam się z przerobionych, opadających uczuć… ale jakoś nie mogą opaść na białe kartki i stworzyć logicznego ciągu…

Dobrej niedzieli, Kochani! :*

Ja lecę zapisywać dalej, na kartkach i serwetkach… ; )