Pomysłów na biznesy w wersji slow poznałam już niezliczoną ilość. Daje to nadzieję i pokazuje na przykładach, że marzenia można spełnić. Niemało to kosztuje – środków, cierpliwości i konsekwencji, niemniej jednak . . . można. Można, a nawet trzeba, jeśli wybiera się życie w równowadze, bliskości natury i w zgodzie z własną pasją, która swą realizacją cieszy bardziej na wsi, niż w mieście. 

Wiem też, że ścieżki do własnego wiejskiego slow, ścieżki do uwielbienia sielskości, każdy ma swoje. Idziemy tymi ścieżkami, poprzez zaprzeczenie, miłość absolutną, wyobrażenia i zderzenia z wiejską codziennością. Nawet ja, naczelna Slow Freelancerka, nie zawsze byłam slow. Co więcej – był taki czas w moim życiu, gdy byłam fast w sposób tak destrukcyjny, że o mało nie przypłaciłam tego załamaniem nerwowym. A może to już było załamanie nerwowe? Zdrowi ludzie nie wybuchają płaczem na zajęciach z kreacji swojej przyszłości. 

O tym, że doceniłam wieś dopiero, jak cudem uszłam z życiem.

Pochodzę ze wsi. Z małej wsi, która liczy sobie 700 osób, dwie kapliczki i jeden sklep. Odkąd pamiętam, jako bardzo młoda dziewczyna, miałam pretensję o tę wieś. Traktowałam ją jako ograniczenie, a momentami nawet wyśmiewałam. Jako 16 latka pożądałam “wielkiego świata”, a jako laureatka konkursów literackich, jeżdżąca na gale, by odbierać nagrody, szczęście widziałam w migoczących nocą światłach nad miastami i białym winie.

Spojrzenie na moją rodzinną wieś zmieniło mi się dopiero w momencie, gdy w wieku 17 lat uległam bardzo poważnemu wypadkowi samochodowemu. Gdy mieszkańcy mojej wsi dowiedzieli się o tym, że moja cała, patchworkowa rodzina cudem uszła z życiem, nieustannie zaskakiwali mnie dobrodusznością i życzliwością. Ktoś zamówił w kościele mszę w intencji naszego wyzdrowienia (byłam ranna ja i 83 letnia babcia). Ktoś ugotował rosołu i przyniósł nam w niedzielę na obiad ze słowami “Wy pewnie głowy nie macie do gotowania rosołu, bo przy rosole to trzeba stać, a tu trzeba się chorymi opiekować.”. Ktoś książek naznosił z dodającym otuchy przesłaniem. Ktoś kontakty do najlepszych lekarzy na karteczkach pospisywał i dodał “jak trzeba będzie, to pomogę wizytę załatwić”. Byłam wzruszona i już nigdy więcej złego słowa na tę wieś nie powiedziałam.

Obecnie mówię o tej wsi niemal tylko w superlatywach… Dodaję “niemal”, ponieważ pytania od zaczepiających mnie Ludzi Kochanych, o to gdzie pracuję i ile zarabiam, peszą i irytują mnie niezmiennie . . . ; ) Ale to już taki tutejszy element folkloru. Zaakceptowałam, cierpliwie tłumaczę.

Na ulicy, na której słońce tak pięknie zachodzi, o akceptację i cierpliwość jakoś łatwiej ; )

Początki slow fascynacji.

Moja fascynacja “wiejskością”, zaczęła się w pociągach. To właśnie w pociągach na wieś, zaczytywałam się w Sielskim Życiu i Werandzie Country. Miałam 22 lata, studiowałam socjologię miasta na UŚ i pracowałam jako business manager dla międzynarodowej agencji kreatywnej. Do tego dochodziła niezliczona ilość okazji, z których grzech nie skorzystać, jak np. możliwości współorganizacji świetnych wydarzeń miejskich, zaproszenia do publikacji w lifestylowych magazynach czy szanse na małe i duże podróże. Byłam zmęczona, ale nie pozwalałam sobie, by to przyznać. Potrafiłam zasnąć w pubie przy piwie, gdy tylko na chwilę wyłączyłam się z rozmowy z Przyjaciółmi. Potrafiłam obudzić się tak bardzo zmęczona, że pierwszym odruchem po przebudzeniu był odruch wymiotny. Pewnego dnia, moja Przyjaciółka z sąsiedniej wsi, którą czasem odwiedzałam, żeby rozprostować kości, powiedziała mi coś, co mnie oburzyło. 

  • Justyna, Ty jesteś uzależniona od pracy. Ty jesteś chora. Jesteś chora na własną ambicję. Przecież to jest za dużo, na jednego człowieka. Studiujesz dwa kierunki, angażujące kierunki. Pracujesz na 3/5 etatu, po całych dniach siedzisz w 4 ścianach biura. Do tego jeszcze ten zdalny staż dla Warszawy, z którego projekty robisz po nocach, kiedy normalny i zdrowy człowiek powinien spać. Jakby tego było mało dołożyłaś swoje autorskie projekty – blog i te wydarzenia na mieście. Ja Cię ostrzegam, za chwilę będzie za późno. A gdzie miejsce na miłość i na duchowość? Widzisz, jak Ty wyglądasz? Tobie nawet truskawki ze śmietaną nie smakują. Życie Ci nie smakuje. Tylko forsa, prestiż i tabliczka z własnym nazwiskiem na drzwiach do biura. 

Oczywiście nie przyznałam jej racji. Byłam w najlepszym momencie mojego życia! Co najmniej raz na pół roku wyjeżdżałam do pocztówkowych miejsc! Płaciłam za drogie studia! Utrzymywałam się sama i to na imponującym poziomie! Jak ona śmiała! Co ja niby robię źle?! – Myślałam sobie.

Momenty kryzysowe, które pokazały, że jest ze mną naprawdę źle.

Pewnego dnia (w 2014), obudziwszy się na Wsi Spokojnej, Wsi Szczęśliwej, wiedząc, że tego dnia pracuję zdalnie dla agencji z Kato, nie potrafiłam włączyć komputera. Nie dlatego, że był zepsuty, a dlatego, że bałam się, że po otwarciu skrzynki mailowej będą czekały na mnie same złe wiadomości. Wiadomości, które skończą moją karierę. Wiadomości o wypowiedzianych umowach i oblanych egzaminach. Nie miałam żadnego racjonalnego powodu, by tak twierdzić! To był nieuzasadniony lęk. Objaw, który wskazywał, że pora udać się do specjalisty. Trzęsłam się, było mi zimo, a z oczu leciały łzy, choć nie czułam potrzeby, by płakać. Przyjaciółka miała rację. Całe moje cudowne życie skumulowało się w jakiejś nieznanej mi przypadłości. Tego dnia wysłałam wiadomość do ówczesnej szefowej, że niestety nie mogę pracować, ponieważ się rozchorowałam. Miesiąc później złożyłam wypowiedzenie. Byłam w środku studiów z zarządzania i po egzaminie semestralnym, przy świętowaniu piwkiem, powiedziałam moim znajomym, że chyba nie wrócę na te studia.

Uzdrawiająca wieś.

Nie musiałam decydować od razu. Miałam całe lato na decyzję. Wypowiedziałam umowę na moje katowickie lokum i wróciłam na studenckie wakacje na wieś. Diagnoza, jakiej się poddałam wcale mnie nie zaskoczyła. Wycieńczenie organizmu. Zagrożenie anemią. Początki nerwicy. Boże, to naprawdę o mnie? – Myślałam. Przecież jestem ‘człowiekiem sukcesu’. W pierwszym miesiącu na wsi niewiele do mnie docierało. Wiedziałam, że w październiku czeka mnie wycieczka do Toskanii, ale już pogodziłam się z myślą, że ją odwołam, tracąc zaliczkę. Nie miałam pojęcia, z czego opłacę studia z zarządzania marką osobistą, ale ta myśl mi nie przeszkadzała i tak chciałam wziąć sobie od nich długą przerwę i wrócić dopiero za pół roku, z inną grupą. W drugim miesiącu, zaczęłam tęsknić za poczuciem sprawczości, dobrymi pieniędzmi, smakiem piwa z lemoniadą na miejskich plażach. Zdrowiałam. Podpatrzyłam, że można zarabiać na pisaniu w wymiarze dużo bardziej opłacalnym, niż sporadyczne publikacje do magazynów dla kobiet. Zostałam copywriterką. Moje dwa pierwsze zlecenia dotyczyły przygotowania treści na serwisy informatyczne. Czułam, że to zbyt skomplikowane. Ale podjęłam się tego. Pod koniec miesiąca, wpłaciłam pozostałe 1500 zł na październikową wycieczkę.

Przyszedł październik i rozpoczęcie roku akademickiego na dwóch kierunkach. Zadzwoniłam na moją uczelnie, na której studiowałam zarządzanie z pytaniem, kiedy zaczynają się zajęcia. Sekretarka poinformowała mnie o terminie zbiegającym się z moją podróżą do Toskanii. Powiedziałam, że mnie nie będzie na pierwszych zajęciach, ale nie jest to równoznaczne z rezygnacją. Chcę kontynuować i zapłacę ratę za kwartał. Jeszcze wtedy nie wiedziałam z czego. Wiedziałam tylko, że nie mogę odpuścić takiej inwestycji. Chciałam zajmować się kreacją marek osobistych! Nieważne, kiedy miało by to nastąpić. Kiedyś chcę. – Myślałam. Dziś jestem sobie wdzięczna za tę nieustępliwość. Studia z zarządzania, ze specjalizacją marki osobistej, pozwalają mi tworzyć strategie dla freelancerów (szczegóły tutaj). Pamiętam, jak administratywistka dodała “Można przesunąć rozpoczęcie semestru o tydzień. I właściwie mogę to zrobić ja. Zaczniemy, jak Pani wróci z tych Włoch!”

No pewnie, że wracam! Czyli o tym, co daje niezaprzepaszczenie.

A więc wracam! – Pomyślałam. No pewnie, że wracam! Wróciłam na rok. Pokończyć studia, obronić dyplomy. Myśl, że miałabym porzucić inwestycje ostatnich lat wydawała mi się irracjonalna, ale już nie przyszło mi do głowy, by pracować na ostatnich piętrach biurowców. Po powrocie na studia okazało się, że zostałam najlepszą stypendystką na roku, co zapewniało mi wystarczające środki na życie w Kato. Wyleczona snem i ziołami, nie chciałam znowu popaść w załamanie. Z upływem tygodni czułam, że właściwie kariera w korporacji nie jest dla mnie. Nie chcę “nie oglądać świata”. Kiedy na 5 roku, moja najlepsza koleżanka ze studiów, Aśka, z podnieceniem opowiadała mi o kolejnych rozmowach rekrutacyjnych, ja uśmiechałam się do niej pobłażliwie i mówiłam “Idź tam, gdzie Ci dobrze będzie! A ja Ci pomacham, jak będziesz tam szła.”

W maju 2015 roku na dobre rozstałam się z Katowicami, wywiozłam ostatnie manele. Oczywiście, równocześnie zgłosiłam się na konsultacje do doradcy kariery i stworzyłam sobie CV Idealne. Odpowiadałam na ogłoszenia, podejmowałam samodzielne inicjatywy i skrycie cieszyłam się, że nikt nie oddzwania.

Byłam copywriterką. Zarabiałam raz 500, raz 1000 zł miesięcznie i oddawałam mamie, z tytułu dokładania się do życia. Pewnego dnia, zupełnie mnie olśniło. Zestawiłam ze sobą słowa “slow” i “kariera” i tak powstał blog, opisujący perypetie ze freelancerskiego życia na wsi. W miarę wzrostu zapytań o współpracę, w pełni sformalizowałam swoją działalność. Gdzieś po drodze trafiła się duża współpraca dla marki motoryzacyjnej, gdzieś jeszcze, za innym zakrętem dla gazety miejskiej. Zaczęłam zarabiać więcej, niż słynna płaca minimalna i ani mi w głowie były wyprowadzki i codzienne chodzenie do biura, żeby pracować na kogoś.

Jako, że nic nie trwa wiecznie, zachciało mi się kiedysik miasta. A jednak. Najbliższego mojej Wsi Spokojnej, Wsi Szczęśliwej, co by od razu wielkich rewolucyj nie robić. Ale to już temat na inną opowieść.

Taka była moja droga do slow. Dziś staram się jak najwięcej czasu spędzać na Wsi Spokojnej, Wsi Szczęśliwej, jednak charakter obecnych obowiązków zawodowych mocno obliguje mnie do obecności w mieście, w Katowicach.

O tym, jak zamieniłam swoje doświadczenia w usługi, które mogą doprowadzić Cię do Twojego slow i pomóc stworzyć sielsko – anielski biznes.

Moment, w którym uznajesz, że przeżyłaś wystarczająco dużo, by towarzyszyć w podobnych przeżyciach innym, jest cudownym momentem. Stworzyłam markę w rytmie slow, która pozwalała mi się utrzymać przez 2 lata. Stworzyłam markę w rytmie slow, dzięki której zrealizowałam tyle projektów (copywriting, strategie marketingowe, analizy), że po wyprowadzce ze wsi miałam otwartą drogę do współpracy z agencjami marketingowymi jako podwykonawca. Właściwie wciąż tak pracuję, moją pełną ofertę dla agencji marketingowych możesz znaleźć tutaj

Na kanwie własnych slow doświadczeń, przygotowałam dla Was ofertę z usługami, które wspierają w tworzeniu sielsko – anielskich biznesów.

USŁUGI DLA SIELSKO – ANIELSKICH MAREK I ZAMYSŁÓW

(naciśnij w wers powyżej, by przejść do oferty)

Uroczy pensjonat z dala od miejskiego pośpiechu i harmidru? 

Przeprowadzka na wieś i utrzymywanie się z fotografowania wesel oraz organizowania wyjazdów medytacyjnych?

Wyremontowanie starego warsztatu tkackiego gdzieś na końcu świata i wyjeżdżanie tam, przy każdej możliwej okazji?

Długoletnia praca za granicą, by zarobić na swój wymarzony domek na kresach, w którym będzie można w spokoju żyć z pisania?

Cokolwiek zamierzasz, pomogę Ci do tego doprowadzić : )

DARMOWA KONSULTACJA – CZY SLOW JEST DLA MNIE?

Nie wiesz jeszcze, czy slow jest dla Ciebie? Podoba Ci się przedstawiona w tym artykule wizja, ale nie wiesz, czy Ty byś podołała jej realizacji? Zapraszam Cię na darmową konsultację CZY SLOW JEST DLA MNIE?, dostępną tutaj. Porozmawiamy o Twoich planach na slow biznes i sprawdzimy jego sensowność biznesową.

BEZPŁATNA PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA 

Zaciekawiła Cię idea prowadzenia biznesu i zarządzania swoją freelancerską karierą w rytmie slow, ale nie chcesz inwestować w slow procesy, póki nie poczujesz na własnej skórze, jakie dają rezultaty i co zmienia się po konsultacjach i otrzymanych ode mnie materiałach? Zapraszam Cię do śledzenia DARMOWYCH PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA na moim fanpejdżu, o tu. To świetna okazja, by skorzystać z oferty w bezpieczny sposób.

SESJE WSPIERAJĄCE W DECYDUJĄCYCH MOMENTACH ŻYCIA ZAWODOWEGO

Jesteś na kompletnym rozdrożu, jak ja kiedyś, w opisywanej wyżej historii? Nie wiesz, czy wolisz korporacyjne bezpieczeństwo finansowe czy może już pora podążyć za własnymi marzeniami? Zapraszam Cię na sesje rozwojowe, z ich pełną gamą zapoznasz się tutaj. Sesje dają nowe spojrzenie na aktualną sytuację, odprężają i dostarczają konstruktywnych rozwiązań.

Pamiętaj, że zawsze możesz napisać do mnie tak po prostu na FB i podzielić się ze mną swoją slow historią albo swoimi slow dążeniami. Nie wszystkie doświadczenia i plany w życiu trzeba monetyzować. Ale jeśli chcesz je zmonetyzować – zamienić na produkty i usługi, uprofesjonalnić i sprzedawać, z radością będę Ci w tym towarzyszyć.

Znalazłam swój Dom Dobrych Drzew z piosenki Edyty Górniak i Tobie życzę tego samego!

Świat
pozamykał nagle tyle drzwi
I w niepamięć poszło tyle dni,
złych dróg, błędnych dróg

. . . 

Moja sielska anielskość mości się pod tymi drzewami . . . : )

 

 

 

Privacy Preference Center